środa, 18 stycznia 2012

Bruno Senna pojedzie dla Williamsa!

Przedostatnia zagadka sezonu transferowego 2011/2012 wyjaśniona. W bolidzie Williams-Renault z numerem 18. w nadchodzącym sezonie Formuły 1 zasiądzie Bruno Senna. Siostrzeniec słynnego Ayrtona jeździł do tej pory fortepianem HRT, zaliczył także pół sezonu w barwach Lotusa Renault. Teraz dostanie pierwszą (i być może jedyną) szansę na pokazanie pełni swoich wyścigowych umiejętności.

W drodze po swoje miejsce w zespole Senna pokonał kilku innych kandydatów, których listy zespół Franka Williamsa z oczywistych powodów nie podał. Wiadomo jednak, że wśród nich był zwolniony z Force India Adrian Sutil. Wydaje się, że to właśnie on był najpoważniejszym rywalem Bruno, dysponując większym od niego doświadczeniem i podobnym wsparciem ze strony osobistych sponsorów. Póki co Niemiec musi się jednak zająć czekającym go procesem cywilnym za napaść na szefa Lotus Renault podczas imprezy po Grand Prix Monako a oczywistym jest, że odbudowujący się zespół Williamsa nie zaryzykowałby postawienia na kierowcę z wyrokiem w aktach.

Bruno zluzował także swojego rodaka, Rubensa Barrichello, który najprawdopodobniej zakończy imponującą, trwającą 18. lat karierę w Formule 1 z rekordową liczbą 322. startów. Było blisko, by Senna zastąpił Rubinho już w 2009 roku, wówczas jednak Ross Brawn zdecydował się postawić na doświadczenie, co przyniosło efekt w postaci mistrzostwa świata dla zespołu. W Williamsie się nie udało. Mimo dwóch sezonów spędzonych w roli lidera zespołu Barrichello nie był w stanie popchnąć ekipy naprzód i w Stowe sięgnięto po świeżą krew.

Ten transfer kipi symboliką do tego stopnia, że aż nie wiadomo od czego zacząć. Niektórzy kibice mówią wręcz o "wywoływaniu duchów". Fizycznie podobny do Ayrtona i używający identycznego malowania kasku Bruno zasiądzie za kierownicą bolidu pomalowanego bardzo podobnie do FW15, w którym zginął Senninha. Osobiście bardzo lubię młodego Sennę i trzymałem kciuki za taki właśnie rozwój wypadków. A w zupełnie hollywoodzkim wariancie idealnie byłoby, gdyby dokończył to czego wuj nie zdążył zrobić. O mistrzostwie świata Williams raczej nie ma co marzyć, ale gdyby tak za sezon, dwa, przytrafiło się jakieś podium, albo zwycięstwo. Najlepiej w Brazylii. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co wtedy działoby się w głowach kochających Ayrtona i wyścigi Brazylijczyków.

Na razie jednak Bruno stawia sobie realistyczne cele. - "Chcę wycisnąć z samochodu ile się da i osiągnąć najlepsze rezultaty, jakie zdołamy", mówi. To dobry plan na początek biorąc pod uwagę fakt, że Williams zakończył sezon 2011 jako najsłabszy ze "starych" zespołów. Oprócz starań o jak najlepsze wyniki młody Senna będzie się też musiał zmierzyć z falą niechęci brytyjskich kibiców, uważających go za kierowcę nie zasługującego na miejsce w F1. Wszystkim polskim nienawidziczom Bruna polecam, przed ewentualną krytyką, zapoznanie się z jego historią.

wtorek, 20 grudnia 2011

Sezon transferowy 2011/2012 - ostatnie dwa miejsca w Formule 1 "do wzięcia"

Wygląda na to, że tegoroczny sezon transferowy w F1 zakończy się równie szybko, jak się rozpoczął. Tuż przed Nowym Rokiem niemal wszystkie zespoły mają już potwierdzone składy, które jednak różnią się znacznie od tych z listy startowej 2011. W wyniku przetasowań 18. marca na starcie GP Australii będziemy mieć co najmniej sześciu nowych kierowców. Trzech z nich to absolutni debiutanci.

Nowy duet Ricciardo-Vergne przedstawiło Toro Rosso, dla Marussi obok Glocka pojedzie Charles Pic, a w Lotusie (już bez Renault) powracającemu w miejsce Roberta Kubicy Raikkonenowi będzie się starał nie przeszkadzać Romain Grosjean. Wraca także - do Force India - debiutant roku 2010, Nico Hulkenberg. W "wielkiej czwórce" bez zmian, a ostatnie dwa wolne miejsca są do zajęcia w bolidach Williamsa i (teoretycznie) HRT. Z oczywistych względów dłuższa kolejka ustawi się po to pierwsze.

Prowizoryczna lista startowa F1 2012:
  • Red Bull Renault
    1. Sebastian Vettel
    2. Mark Webber
  • McLaren Mercedes
    3. Jenson Button
    4. Lewis Hamilton
  • Ferrari
    5. Fernando Alonso
    6. Felipe Massa
  • Mercedes AMG Petronas
    7. Michael Schumacher
    8. Nico Rosberg
  • Lotus
    9. Kimi Raikkonen
    10. Romain Grosjean
  • Force India
    11. Paul di Resta
    12. Nico Hulkenberg
  • Sauber Ferrari
    14. Kamui Kobayashi
    15. Sergio Perez
  • Toro Rosso
    16. Daniel Ricciardo
    17. Jean-Eric Vergne
  • Williams Renault
    18. ??
    19. Pastor Maldonado
  • Caterham
    20. Heikki Kovalainen
    21. Jarno Trulli
  • HRT
    22. Pedro de la Rosa
    23. Vitantonio Liuzzi
  • Marussia
    24. Timo Glock
    25. Charles Pic
Bez zespołu: Alguersuari, Buemi (Toro Rosso), Barrichello (Williams), Chandhok (Caterham), d'Ambrosio (Marussia), Heidfeld, Kubica, Pietrow, Senna (Lotus), Karthikeyan (HRT), Sutil (Force India)

Zespół Franka Williamsa potwierdził już Pastora Maldonado, ale wiele wskazuje na to, że zamieni Rubensa Barrichello na młodszy model. Kandydatów jest mnóstwo: solidny Sutil, młody Alguersuari, utalentowany Bruno Senna, a może oficjalny tester zespołu i mistrz GP2 Valtteri Bottas? Wszystko w rękach SFW i jego ludzi. Hispania z kolei ma teoretycznie sprawdzony duet de la Rosa - Liuzzi, ale być może na miejsce któregoś z nich wskoczy młodszy zawodnik (np. Alguersuari?).

Od strony zespołowej za to bardzo wzmocnił się Mercedes (teraz z fajnym dodatkiem: AMG). Do drużyny Rossa Brawna dołączyli Aldo Costa, Bob Bell i Geoff Willis. Wszyscy oni mają sprawić, że Mercedes W03 wreszcie da Schumacherowi i Rosbergowi możliwość walki o zwycięstwa. Zespół zapowiedział już, że najprawdopodobniej nie przywiezie nowego bolidu na pierwsze przedsezonowe testy. W zeszłym roku podobny zabieg wykonał m.in. Red Bull i na złe mu to nie wyszło.

W 2012 roku możemy nie zobaczyć w Formule 1 aż dziesięciu ścigantów z ubiegłego sezonu. Chyba definitywnie dobiegła końca kariera Nicka Heidfelda (a może i Rubensa Barrichello), nikt raczej nie będzie płakał po Chandhoku, Karthikeyanie i d'Ambrosio, a o swoje miejsca z pewnością powalczą Alguersuari, Buemi, Senna i Sutil, o powrót do F1 w ogóle starać się będzie nasz Robert Kubica. W nietypowej sytuacji znalazł się za to Witalij Pietrow, który teoretycznie ma ważny kontrakt z Lotusem na 2012, ale jeździć dla nich nie będzie i najprawdopodobniej Rosjanin znajdzie się na bocznym torze co najmniej na jeden sezon. A przyszłoroczna sesja transferowa będzie jedną z bardziej emocjonujących, głównie za sprawą kończących się kontraktów Webbera i Massy.

czwartek, 15 grudnia 2011

Toro Rosso wymienia: Ricciardo i Vergne zastąpią Alguersuariego i Buemiego

Jak na razie najbardziej zaskakująca informacja tegorocznego sezonu transferowego w Formule 1 nadeszła nie z Ferrari, Williamsa czy McLarena, ale Scuderii Toro Rosso. Siostrzany zespół Red Bulla postanowił wymienić obu swoich kierowców na "świeżynki". W sezonie 2012 w barwach zespołu w miejsce Jaime Alguersuariego i Sebastiena Buemiego pojadą Daniel Ricciardo i Jean-Eric Vergne. Czyli dwaj prawie-debiutanci.

Starszy z duetu, 22-letni Ricciardo, ma już za sobą pół sezonu 2011 spędzonego w ekipie HRT. Australijczyk przeważnie był lepszy od swojego dużo bardziej doświadczonego kolegi, Tonio Liuzziego, ale żaden z nich prochu w słabym bolidzie nie wymyślił. Z kolei Vergne (Francuz, 21 lat) to mistrz brytyjskiej F3 z sezonu 2010 i aktualny wicemistrz Formuły Renault 3,5. Obaj zachwycili szybkością podczas corocznych testów dla młodych kierowców po GP Abu Dabi. Pozostaje pytanie, na ile te osiągnięcia usprawiedliwiają wymianę Alguersuariego i Buemiego?

Bądźmy szczerzy, w mistrzowskich bolidach Red Bulla można posadzić niemal dowolnego młodego kierowcę i będzie on wyglądać na piorunująco szybkiego. Różnice w osiągach aut uwydatniają się zwłaszcza w przypadku mniej doświadczonych zawodników, którzy nie potrafią jeszcze "objeżdżać" słabości bolidu. Ciężko zatem przypuszczać, że nowy duet STR będzie szybszy niż stary. Skąd zatem ta wymiana? To element polityki koncernu Red Bull.

Szef Toro Rosso Franz Tost powiedział wprost: - "W idealnym świecie kierowcy powinni przechodzić z Toro Rosso do Red Bulla, ale obecnie nie ma tam wakatu. Toro Rosso od zawsze było 'szkółką dla debiutantów' a po ponad dwóch sezonach już nim nie jesteś." Warto przypomnieć, że mniej więcej w połowie sezonu, gdy negocjacje z Markiem Webberem wydawały się utknąć w martwym punkcie, i Alguersuari, i Buemi, nagle zaskakująco przyspieszyli licząc na miejsce u boku Vettela. Ale Webber umowę podpisał i sprawa "się rypła".

- "Nie skomentuję tej decyzji, bo przez 15. lat Red Bull dawał mi wszystko" - powiedział Alguersuari. - "Nie ma dramatu, mam wiele planów na teraz i na przyszłość." O wiele dosadniej wypowiedział się Buemi: - "Gruchnąłem o ziemię! Raptem kilka dni temu omawialiśmy rzeczy na nowy sezon." Także Szwajcar podkreślił wdzięczność względem koncernu za umożliwienie mu debiutu w F1. Czyli z pozoru, wszystko gra. Pozostaje pytanie, czy obaj kierowcy zaczepią się gdzieś na sezon 2012. Jaimemu najbliżej będzie chyba do HRT, czego jednak nie życzę najgorszemu wrogowi, Buemi zaś najprawdopodobniej będzie musiał zadowolić się rolą kierowcy testowego lub poszukać pracy w jakiejś innej serii wyścigowej.

środa, 14 grudnia 2011

Kubica dołączy do Ferrari? Polskie media szaleją

Polskie serwisy informacyjne oszalały dziś na punkcie informacji jakoby Robert Kubica miał nie przedłużyć kontraktu z Lotus Renault i spędzić sezon 2012 na rehabilitacji i testach pod okiem specjalistów z Maranello. Plus, dostać za to okrągłe półtora miliona euro i być może miejsce Felipe Massy w składzie zespołu na sezon 2013. Ryzyko? Wilczy bilet w Renault i, co za tym idzie, zostanie bez auta w przypadku fiasku umowy ze Scuderią.

Zainteresowanie osobą Kubicy ze strony Ferrari to nic nowego. Polski jedynak w F1 wyścigowo wychowywał się we Włoszech, tam zdobywał kartingowe szlify i stał się popularny. Oferowano mu nawet przyjęcie obywatelstwa, jednak rodowity krakowianin propozycję odrzucił. Wygląda jednak na to, że ta propozycja ze strony Scuderii będzie zbyt dobra, by z niej zrezygnować. Pod warunkiem, że Robert zaakceptuje jej konsekwencje.

Niekwestionowanym liderem Ferrari jest w tej chwili Fernando Alonso, który nie dość, że ma z zespołem kontrakt aż do końca sezonu 2016, to jeszcze przyprowadził ze sobą z McLarena głównego sponsora - Banco Santander. Hiszpan jest przyjacielem Kubicy i zawsze wypowiadał się o nim niezwykle ciepło. Wątpliwe jednak, aby zdecydował się oddać mu fotel kierowcy numer jeden. Tak samo jak mało prawdopodobne jest to, że słynący z koncentracji na liderze włoski zespół nagle umożliwiłby swoim kierowcom rywalizację.

W praktyce więc ewentualny transfer do Ferrari oznacza dla Kubicy koniec marzeń o mistrzostwie świata i pogodzenie się z rolą giermka Alonso. Rolą, która wcale nie wygląda tak źle biorąc pod uwagę, że mówimy o kierowcy który nieomal został inwalidą i desperacko potrzebuje czasu i warunków, by wrócić do formy. To, z racji posiadania własnego toru testowego, może mu zapewnić Scuderia. Dlatego ewentualna wstępna umowa byłaby niezwykle korzystna dla obu stron. Robert zyskałby szansę powrotu do F1 niezależnie od Lotusa Renault, Ferrari zaś relatywnie niewielkim kosztem miałoby w ręku "bata" na Massę, który drugi sezon z rzędu rozczarował szefów z Maranello.

Niezadowolony jest za to głownodowodzący Renault, Eric Boullier, który wyciągnął przecież do kierowcy pomocną dłoń po zeszłorocznym wypadku. Francuz na pewno miał w głowie stworzenie tandemu Raikkonen - Kubica, tymczasem Polak najprawdopodobniej wyślizga się z umowy i być może zaakceptuje tę z Ferrari. Kontrakt Roberta z zespołem z Enstone wygasa z końcem 2011, a kierowca zapowiedział decyzję odnośnie swojej przyszłości zaraz po nowym roku. Teraz jego ruch. Będzie czerwono?

sobota, 10 grudnia 2011

Verstappen: "Schumacher oszukiwał w 1994!"

Były kolega Michaela Schumachera z Benettona, Holender Jos Verstappen, postanowił podzielić się z mediami rewelacjami na temat kulisów wywalczenia przez Niemca pierwszego z siedmiu tytułów mistrza świata F1. Zdaniem "Josa the Bossa" w bolidzie Schumiego zainstalowane były niedozwolone systemy kontroli trakcji, które umożliwiały liderowi zespołu Flavio Briatorego szybszą i skuteczniejszą jazdę.

- "Michael z całą pewnością używał czegoś, co pomagało mu hamować później i szybciej przejeżdżać przez zakręty. Hamowałęm tak późno, jak się dało, ale nigdy się do niego nie zbliżyłem. Nie mogliśmy mieć takich samych aut! To niemożliwe, bo zawsze wygrywałem z nim w czasach kartingu. Nigdy mnie nie pokonał!" - twierdzi Holender i zaraz dodaje: - "Nie jestem zdziwiony, że jego powrót nie jest specjalnie udany, bo wiedziałem, że on nie jest aż tak szybki."

Verstappen jest też zwolennikiem teorii spiskowej wewnątrz Benettona: - "Jeździłem samochodem Michaela ale wciąż nie mogłem zbliżyć się do jego czasów. Prawdopodobnie wyłączyli elektroniczne pomoce." To dość odważne słowa biorąc pod uwagę osiągnięcia obu panów. Holender spędził w F1 łącznie osiem lat, przy czym większości ze swych 106 startów nie ukończył, a tylko siedmiokrotnie zdobywał punkty. Nigdy nie był wyraźnie lepszy od partnerów z zespołu, a w 2003 roku udało mu się przegrać nawet z brytyjskim meteorytem Justinem Wilsonem.

Komentujący szybko odnieśli się więc do jego słów bardzo krytycznie, traktując je raczej jako marudzenie przegranego, niż argument w dyskusji zmierzającej do... No właśnie, do czego? Sezon 1994 to dla wielu dzisiejszych kibiców F1 prehistoria. Dyrektor techniczny Benettona w tamtym roku, niejaki Ross Brawn, odparł kiedyś oskarżenia o oszustwa twierdząc, że Włosi nie mieli powodu, by zacząć naginać przepisy dopiero w tym sezonie, a nie np. rok wcześniej.

Co ciekawe, jedyne, co Benettonowi udowodniono - usunięcie filtra paliwa z węża tankującego - odbyło się przy wydatnej "pomocy" Verstappena. To jego bolid spektakularnie stanął w płomieniach podczas tankowania w GP Niemiec 1994. Ułatwienia natychmiast zakazano ze względów bezpieczeństwa. A co odpowiedzieć Josowi na obecne zarzuty dotyczące wspomaganej szybkości Michaela? Długoletni partner Niemca z Ferrari, Eddie Irvine, zapewne odniósłby się do nich w żołnierskich słowach: - "Gówno prawda, był szybki i już."

Kłamczuszek Kimi wraca do Formuły


To moja kolejna wyścigowo-blogowa próba, mam nadzieję że bardziej udana i regularna od ostatniej. A teraz przejdźmy do meritum: po trzech latach spędzonych na wygnaniu w Rajdowych Mistrzostwach Świata do Formuły 1 zdecydował się powrócić Kimi Raikkonen - ostatni kierowca, który (w 2007 roku) zdobył tytuł mistrza dla Ferrari w niesamowitym finale sezonu na Interlagos.

Raikkonen dołączył do osieroconego przez Roberta Kubicę zespołu Lotus Renault, co samo w sobie może wskazywać na to, że Francuzi dość mają mglistych zapowiedzi Polaka i jego menadżera odnośnie planowanej daty powrotu i wcale nie muszą być zainteresowani przedłużeniem z nim kontraktu (wygasa wraz z końcem 2011 roku). W końcu Kimi, który z F1 został w praktyce "wygnany" przez Ferrari aby zrobić miejsce dla Fernando Alonso, raczej nie byłby zainteresowany zostaniem w zespole na chwilę, jako dubler mniej utytułowanego kolegi z toru.

Przez dwa lata w WRC "Iceman" schudł, zmienił fryzurę i nawet zaczął trochę się uśmiechać. Przy okazji wyszedł z niego kłamczuszek, bo w wywiadzie dla nowego zespołu zapewniał, że nigdy nie stracił pasji do ścigania w F1. Tymczasem trzy lata wcześniej w rozmowie z Red Bulletinem stwierdził wprost, że rajdy są według niego ciekawsze, bardziej skupione na umiejętnościach kierowcy i mniej "rozpolitykowane", a ewentualne mistrzostwo świata byłoby większym osiągnięciem, niż "scudetto" wywalczone z Ferrari. Mocne słowa.

Może ponowne zadurzenie w Formule to miłość z rozsądku? W rajdach Raikkonen kariery nie zrobił. Jego najlepsze miejsce to piąte w Rajdzie Turcji 2008, ale z aż sześcioma minutami straty do zwycięskiego Loeba i niemal trzema do czwartego Ogiera. Przeważnie plasował się w pierwszej dziesiątce, ale w stawce 12, może 13. regularnych kierowców dysponujących autami WRC nie było to wielkie osiągnięcie. Także licznik wygranych przez Kimiego odcinków specjalnych zatrzymał się na magicznej cyfrze: zero.

Zatem powrót do F1 to dla niego świetna okazja, by na dobre nie zgnuśnieć na szutrach. Kłamczuszek "Iceman" trafia do Lotus Renault w bardzo trudnym momencie dla zespołu. Draka z Kubicą i marny sezon 2011 obnażyły konieczność zatrudnienia kierowcy-lidera, który będzie w stanie wyciągnąć ekipę z kryzysu. Czy Kimi da radę? Rok 2008 pokazał, że charakter "walczaka" i chęć objeżdżania słabości samochodu to niekoniecznie jego mocne strony.

To dlatego Ferrari pozbyło się go bez żalu po tym jak okazało się, że następcą Schumachera w roli lidera zespołu Fin nigdy nie będzie. On zawsze był typem wyluzowanego, miłego człowieka, który w Chinach znudził się czekaniem na restart wyścigu i po prostu opuścił padok jedząc lody, do tego uwielbia blichtr Monako, a nie mając pod sobą wygrywającego bolidu nie daje z siebie przesadnie dużo.

Gdy go ma, potrafi za to być piekielnie szybki i przede wszystkim odporny na presję tak, jak sugeruje jego pseudonim. W sezonie 2012 zobaczymy, czy "człowiek z lodu" dorósł do roli lidera.

wtorek, 13 września 2011

Sebastian Vettel wygrywa na Monzie, tifosi dziękują Alonso

Sebastian Vettel po raz drugi z rzędu wygrał Grand Prix Formuły 1 i jest o 38. punktów od drugiego z rzędu tytułu mistrza świata. Teoretycznie daje mu to możliwość zamknięcia mistrzostw już za dwa tygodnie w Singapurze. Drugie miejsce i kolejne w tym sezonie podium dla Jensona Buttona, trzeci - ku uciesze fanatycznych kibiców Ferrari - Fernando Alonso. Michael Schumacher znów dojechał do mety jako piąty, ale gdyby nie jego porywająca walka z Lewisem Hamiltonem, oglądalibyśmy bodaj pierwszy w tym sezonie nudny wyścig.

Zapowiadało się jednak inaczej, a o atrakcje na starcie postarali się: Hiszpan we włoskim bolidzie i Włoch w aucie hiszpańskim. Alonso jak zwykle ruszył ze startu jak byk ulicami Oviedo i korzystając z faktu, że Vettel przejmował się bardziej startującym z drugiego pola Hamiltonem, za jednym zamachem wyprzedził ich obu. Z kolei Vitantonio Liuzzi stracił kontrolę nad autem jeszcze przed dohamowaniem i niczym pocisk z pełną prędkością przeleciał przez szykanę, trafiając po drodze samochody Nico Rosberga i Witalija Pietrowa. To był wyjątkowo kiepski sposób na uczczenie 75. startu w Grand Prix w wykonaniu sympatycznego Włocha. Mnóstwo szczęścia mieli za to kierowcy Toro Rosso, Bruno Senna i Paul Di Resta, którym udało się uniknąć kontaktu z bolidem HRT za cenę utraty pozycji.
Start: Alonso prowadzi, a Liuzzi już sunie po trawie, by narobić bałaganu
Na tor natychmiast wyjechał samochód bezpieczeństwa, na co jako pierwszy zareagował zespół Renault ściągając do boksu startującego na twardszej mieszance Sennę. Jednym z tych, którzy skorzystali na zamieszaniu, był Michael Schumacher. Na starcie awansował z ósmego na piąte miejsce, by zaraz po wznowieniu uporać się z Jensonem Buttonem i Lewisem Hamiltonem. Ten etap wyścigu nie zwiastował monotonii w drugiej części, bo na torze działo się bardzo dużo. Na piątym okrążeniu Vettel wreszcie pokazał, że potrafi popisać się efektownym wyprzedzaniem. Wyszedł z Variante Roggia dużo szybciej niż Alonso i natychmiast wpadł na wewnętrzną bicampeona, na chwilę wyjeżdżając dwoma kołami na trawę. Nie odpuścił jednak i po chwili był już na pierwszym miejscu!

Nie popisał się za Mark Webber. Po kolejnym przespanym starcie już na czwartym okrążeniu wdał się on w przepychankę z Felipe Massą w pierwszej szykanie. Efekt - piruet Ferrari i oderwane przednie skrzydło w bolidzie Red Bulla. Na domiar złego usiłując dojechać do boksu Australijczyk wypadł z Paraboliki, kończąc swoje GP Włoch. Manewr Vettela zaś na dobrą sprawę zakończył walkę o zwycięstwo, bo Seb natychmiast odjechał na prawie trzy sekundy od Alonso, Button musiał odrabiać straty po nienajlepszym starcie, zaś Hamilton utknął za Schumacherem.
Schumacher przed Hamiltonem: niech rozpocznie się pojedynek!
Trwający w sumie dobre kilkanaście okrążeń pojedynek tej dwójki uchronił nas od nudy na Monzie. Wyraźnie było widać, że McLaren jest szybszy w zakrętach, ale Mercedes nadrabiał prędkością na prostej. Hamiltonowi nie pomagała więc nawet kombinacja DRS + KERS, a ponadto sam Schumacher jechał niezwykle inteligentnie, z wyprzedzeniem przewidując ruchy młodszego rywala i odpierając każdy jego atak. Na trzynastym okrążeniu Anglik na chwilę wyprzedził Niemca, ale kontra "Schumiego" już w kolejnym zakręcie była bezbłędna.

Frustracja Hamiltona rosła więc z okrążenia na okrążenie, a korzystali na tym oddalający się od pary Alonso i zbliżający szybko Jenson Button. Manewry kolegi z McLarena były dla Lewisa kolejnym przyczynkiem, by ze złości pogryźć wnętrze kasku. Na piętnastym okrążeniu starszy z Anglików pokazał, jak to się robi. Najpierw wykorzystał zbyt optymistyczny atak Hamiltona na Schumachera i był już czwarty, by w kolejnym zakręcie bez trudu przemknąć obok Mercedesa, z którym Hami męczył się od dziesięciu rund.
Jenson Button jeszcze za walczącą dwójką, ale przy najbliższej okazji minie ich obu i ruszy w pogoń za Alonso
Chwilę oddechu dostał Lewis po tym, jak na szesnastym kółku "Schumi" po raz pierwszy zjechał na zmianę opon. Nieszczęście polegało na tym, że po swoim zjeździe Hamilton ponownie znalazł się za Michaelem! Z pomocą przyszedł mu jednak... Ross Brawn, który przez radio przekazał Schumacherowi prztyczek w nos od sędziów za zbyt agresywną obronę pozycji. Niemiec postanowił nie ryzykować kary i puścił Hamiltona przodem. Jednak na tym etapie wyścigu (27. okrążenie) Lewis nie był już w stanie dogonić liderów.

Sytuacja z przodu była dość klarowna. Na pierwszym miejscu z około trzynastosekundową przewagą nad Alonso jechał Vettel, tuż za bicampeonem podążał Jenson Button, który potrzebował aż dwunastu kolejnych rund i zjazdu do boksu, by w końcu uporać się z kierowcą Ferrari. "Guzik" po raz kolejny pokazał to, co potrafi najlepiej - doskonałe zarządzanie oponami. Obie jego wymiany następowały dokładnie w tym momencie, w którym gumy zaczynały już gubić formę. Kolejne dziesięć sekund za tą dwójką jechał bezradny Hamilton, za nim Schumacher.
Paul di Resta bez problemu dowiózł punkty dla Force India
Ciekawiej było w środku stawki: tam o spore punkty walczyli kierowcy na codzień ścigający się raczej o pojedyncze oczka. A ponieważ z powodu usterek odpadły również oba Saubery wiadomo było, że ktoś może mieć spore powody do radości na mecie. Padło na "Czerwone Byczki" - duet Alguersuari - Buemi po raz kolejny zapunktował startując z odległych (odpowiednio 18. i 16.!) miejsc. Szwajcar nie był co prawda w stanie obronić się przed atakiem jadącego na miękkich oponach (to wspomniana przeze mnie zagrywka Renault z neutralizacji) Bruno Senną, ale cały czas utrzymywał bezpieczną przewagę nad jedenastym Pastorem Maldonado. Życiową jak na razie formę potwierdził Alguersuari, któremu znów udało się spokojnie dowieźć swoje Toro Rosso do mety na dobrej pozycji.

W czołówce zaś przez niemal pół dystansu nie działo się absolutnie nic. Sebastian Vettel spokojnie kontrolował dystans najpierw do Alonso, a później Jensona Buttona. Swoją cegiełkę do jego zwycięstwa dołożyła także błyskawicznie pracująca (3 i 2,9 sekundy na zmianę opon!) ekipa Red Bulla. Za nimi próbował jeszcze szarpać (bezskutecznie) Hamilton, a szósty finiszował Massa - Brazylijczyk zdołał co prawda wrócić do walki po kolizji z Webbrerem, ale do Schumachera stracił na mecie dobre dziesięć sekund. To był kolejny świetny występ ośmiokrotnego mistrza świata, który po raz kolejny pokazał, że wciąż jest w stanie walczyć o zwycięstwa, a ograniczają go jedynie możliwości tegorocznego bolidu Mercedesa.
Uśmiechnięty Vettel już wie, że chyba tylko bankructwo całej grupy Red Bull mogłoby mu odebrać drugi tytuł
Po Grand Prix Włoch sytuacja w mistrzostwach świata wydaje się być klarowna: Seb potrzebuje jedynie 38. punktów, by na dobre zamknąć kwestię tytułu. Mistrzem świata może teoretycznie zostać już za dwa tygodnie, jeśli w Singapurze wygra, natomiast Fernando Alonso nie znajdzie się na podium w ogóle, zaś Jenson Button lub Mark Webber na drugim jego stopniu. To wydaje się co prawda mało realne, ale już przypieczętowanie mistrzostwa w Japonii - na pieć wyścigów przed końcem sezonu - wprost przeciwnie. Wygrywając na Monzie Vettel przyznał, że lepsze od zwyciężania tu może być tylko zwyciężanie tu dla Ferrari. Ciekawe, czy to jedynie kurtuazja w stronę "gospodarzy", czy też rzeczywista chęć podążenia "drogą Schumachera".

Wyniki GP Włoch:
  1. Sebastian Vettel (Red Bull)
  2. Jenson Button (McLaren) + 9.590
  3. Fernando Alonso (Ferrari) + 16.909
  4. Lewis Hamilton (McLaren) + 17.471
  5. Michael Schumacher (Mercedes) + 32.677
  6. Felipe Massa (Ferrari) + 42.993
  7. Jaime Alguersuari (Toro Rosso) + 1 okrążenie
  8. Paul Di Resta (Force India) + 1 okrążenie
  9. Bruno Senna (Renault) + 1 okrążenie
  10. Sebastien Buemi (Toro Rosso) + 1 okrążenie
  11. Pastor Maldonado (Williams) + 1 okrążenie
  12. Rubens Barrichello (Williams) + 1 okrążenie
  13. Heikki Kovalainen (Lotus) + 1 okrążenie
  14. Jarno Trulli (Lotus) + 2 okrążenia
  15. Timo Glock (Virgin) + 2 okrążenia
Nie sklasyfikowany: Daniel Ricciardo (Hispania) + 14 okrążeń
Nie ukończyli: Liuzzi (wypadek), Pietrow (wypadek), Rosberg (wypadek), d'Ambrosio (awaria skrzyni biegów), Webber (wypadek), Sutil (awaria układu kierowniczego), Kobayashi (awaria skrzyni biegów), Perez (awaria skrzyni biegów)